sobota, 7 listopada 2009 | |

Czas płynie, życie przemija. Centrum miasta. Kiedyś chodzono tu do kina, potem ins kino. Marshallstrasse. Marszałkowska – arteria miasta, tętnica Warszawy. Zbrukana krwią, zbesztana gruzem i pyłem. Parterowa Marszałkowska. Widok był ledwo widoczny. W zgliszczach na rogu, w suterenie cięte typu waliły gorzałę na stojaka. Po 15 latach nicości za sprawą stali i betonu wróciła do łask. Łask notabli, później kolejek uzbrojonych w papierowe bilety do szczęścia. Po zmroku słychać było śmiechy i muzykę. Warszawiacy spędzali Podwieczorek przy Mikrofonie. Te czasy minęły. Maszerowały po niej wojska, milicja. Widziała jak gaszono zapał wolności. Widziała jak gaszono płomienie niosące śmierć. Widziała wiele. Tak samo wiele musiały widzieć one. Czas się zatrzymał, stanął w miejscu. Zmęczony przysiadł na ławce. Wycieńczony latami pędu został przykuty do siedzenia. Począł obserwować. Wszystko stało, tylko czas siedział. Siedział i patrzył. Cisza, wreszcie cisza. Spokój. Nie słychać tykania wskazówek. Nie słychać nic. Wszystko stoi. Ludzie zastygli. Jakby w oczekiwaniu na coś. Na co? Na śmierć. Nie mógł się nadziwić ile zła czyni. Zawstydzony wstał. Wstał i uciekł.

0 komentarze: